Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syndrom fototropizmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syndrom fototropizmu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 września 2013

Rozdział 3, czyli matki, koty, geje i wszystkie najgorsze potwory.

Cześć wszystkim, tutaj ja po DŁUGIEJ przerwie. ( 9 - 9)

Miałam duże problemy emocjonalne, byłam emo, cięłam się firankami i dywanami, i płakałam po kontach. Myślałam nad odejściem z tego bloga, no ale Gupia ;-; by mi tego nie wybaczyła, więc będę was dręczyć już do końca życia. Tak przykre ( 9, - 9) A więc, żeby nie przychodzić tu do was z pustymi łapkami wymęczyłam kolejny rozdział "Syndromu Fototropizmu".  Pewnie zastanawiacie się co robiłam jak mnie nie był. Nie? I tak wam powiem. (9# 3 #9)  Oprócz zostania emo, pomalowałam sobie w Marcelinę kawałeczek skrzyneczki ( którą znalazłam w śmietniku, w pracy mojej mamy, nieważne...) No i tak oto się prezentuje: 
Marcelina Bień jest totalnie szarą postacią i prawie w ogóle się nie pojawia, a występowała na razie jedynie w roli przeszkadzajki. Mam jednak na dzieje, że i ona dostanie swoje pięć minut.
A tak miała wyglądać Marcelina trochę wcześniej. Cóż za kosmita. 
A więc nie męczę, zostaję i zapraszam do czytania. c: 

- EJ! Marcin co ty robisz?- chłopak popatrzył się tylko na Mariego i wrócił do dalszego całowania, ale od razu został odepchnięty- Kuźwa... Przestań.
Marcin wreszcie się poddał i zajęli dwa różne końce łóżka. Co się tak właściwie przed chwilą stało? Tego by się po nim nie spodziewał. Wydał mu się całkiem normalną osobą, a tu... Co on sobie myślał. Dobra, Mari sam był gejem i przecież by nie czuł do niego obrzydzenia z tego powodu. Chłopak wydawał mu się nawet atrakcyjny. Wszystko byłoby w porządku, ale czy musiał od razu próbować go gwałcić? Popatrzył się na bruneta, który siedział teraz w koncie próbując ukryć swój mały problem, jego spodnie były nabrzmiałe w nieodpowiednim miejscu. Zbyt łatwo się podniecał. Czyżby trafił mu się prawiczek? W sumie ruch to zdrowie, a seks to przecież ruch. Myślał, że powinien wykorzystać taką szansę.
- Na pewno tego chcesz?- Marcin delikatnie się zarumienił i szepnął coś pod nosem, co chyba miało znaczyć że tak. Mari przysunął się do niego i nachylił się do krocza, aby powoli zsunąć spodnie.
-Daj pomogę ci. - ( Koniec to nie powieść erotyczna  Nie umiem ! D: (9 i.i 9) wcale nie wyobrażałam sobie tej sceny.)
*
*
Ninel... Kim właściwie była Ninel. Ninel była istotą doskonała, prawie. No dobra przyznajmy sobie szczerze była najgorszą córką, siostrą i kobietą. Nie pracowała, mieszkała w jakiejś starej kawalerce, a na dodatek nie potrafiła ułożyć sobie swojego życia uczuciowego. Gdyby jeszcze jakieś miała. Typ człowieka przed którym ostrzegają nas rodzice. Siedziała teraz w szpitalu obierając lekko zielone jabłko. Czemu w szpitalu? O tuż to wstrętne babsko złapało jakieś choróbsko i bóg wie czemu kazało jej tu siedzieć. A więc teraz spędzała dzień za dniem na siedzeniu w tym śmierdzącym, pełnym starymi i chorymi ludźmi miejscu ciągle wysłuchując. A to jaka jest nie dobra, a to kiedy sobie wreszcie kogoś porządnego znajdzie, a to że sobie z życiem poradzić nie umie. Czasem mamusia dodatkowo strzeli jej kilka ciepłych słówek takich jak "pijaczko", "narkomanko", " dz*wko". Kochajmy swoje matki, tak szybko odchodzą można tylko rzec. W sumie Ninel nie bardzo rozumiała swojego zachowania. Jeśli istnieje coś takiego jak matczyny instynkt w stosunku do matek to powiedzmy, że ona go właśnie miała. W przeciwieństwie do swojej matki. Jej matka nie była urodzona do swojej roli. Cóż, nie ma co płakać nad rozlaną wódką, a mlekiem tym bardziej. Drzwi do sali się otworzyły, a w nich ukazała się mała dziewczynka z dwoma blond kucykami po bokach. Po chwili wszedł przez nie także wysoki szatyn. Ninel od razu podniosła pięciolatkę na swoje ręce i wyprowadziła ją razem z chłopakiem z sali.
- Karusia zadzwoniła do mnie, że od dwóch dni siedzi sama w domu...- szatyn wyglądał na wyjątkowo zdenerwowanego - Możesz mi wyjaśnić co się dzieje?
- Mnie się pytasz?!  Przecież wiesz że z nimi nie mieszkam! Kuźwa...!
- Dobra, ok... A wiesz co z waszą mamą?
- Miała wypadek. Kuźwa znów się upiła. Mam jej dość.- Blondynka przetarła dużą bliznę na czole Kariny. Ta kobieta nie zasługiwała na to dziecko i Ninel doskonale o tym wiedziała. Chciała walczyć o prawa do niej, ale jak jej powiedziano, nie ma żadnych praw. Dowiedziała się nawet że Sandra jest jak najlepszą matką i nie mają się do czego jej przyczepić. Je*ane urzędasy. Po jej policzkach spłynęło kilka łez, chwila słabości. Amadeusz rzadko widywał jak Ninel płacze, ogólnie rzadko jej się to zdarzało, ale ostatnio miało to miejsce coraz częściej. Objął delikatnie dziewczynkę uważając, i zaczął mierzwić jej włosy. Miał do niej słabość i musiał to niestety przyznać. Może i nie była ona idealna, ale miał do niej wielki szacunek za to co przeżyła, za to że sobie z tym radzi i za to że jest odważna. Znali się od dzieciństwa, była małą delikatna dziewczynką o pustych, zielonkawych oczach i  długich blond kucykach po bokach. Zawsze bawili się razem na podwórku mimo, że ona sama raczej nie była z tego zadowolona. Mała, słodka, cicha Ninel wolała siedzieć na huśtawce i obserwować zabawę niż sama w niej uczestniczyć. No, ale ludzie się zmieniają, a w szczególności ludzie z przeżyciami. Mała Ni wyrosła na kobietę, ścięła kucyki, a zamiast chować się walczy o swoje jak lwica. Niestety w takim związku często wygrywa lew. 
- Wiesz że jeśli potrzebujesz mojej pomocy. -szatyn ( tak Brudna, Ninel taki metal, że jej szatan ociera łzy. Super napisałaś.) otarł jej łzy z policzków.- Zawsze możesz na mnie liczyć.
- A spi*rdalaj...- Ninel odepchnęła go i spoliczkowała. Tak... Ona nie jest Lwicą, ona jest tygrysem, a tygrysy to samotniki. Blondynka położyła małą Karmin na kafelkach przed Amadeuszem i złożyła na jego policzku krótki delikatny pocałunek.
- Przyjdź do mnie z nią później, ja muszę wracać do Igi . Cześć!
Chłopak zaśmiał się pod nosem podnosząc mała kopię Ninel. Nigdy nie zrozumie tej dziewczyny.
*
Dochodziła już godzina siódma, a Mari zaczął zbierać swoje ciuchy z podłogi. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby znajdowały się one na ciemno brązowych panelach. Śmieszne było to gdzie mogły się znajdować ciuchy gdy rzuci się je za siebie. Na szczęście chłopak był wysoki i nie miał większego problemu ze ściągnięciem swojej koszulki i jeansów z szafy stojącej w kącie pokoju. Popatrzył się na Marcina, który zasnął tuż po wszystkim. Dzieciak... W szkole był zupełnie inną osoba niż teraz. Był drugi września, teoretycznie jeszcze lato, no ale pogoda w Polsce...( Pogoda: Hehe, macie jeszcze lato? Ciepełko ? Słoneczko? Nope. D:) Było dopiero dziesięć po siódmej, a na dworze panował całkowity zmrok (tak Brudna, panował wzrok ) w dodatku było zimno jak cholera. Może nie odczuwałby dzisiaj tak tego gdyby nie to ze postanowił założyć bluzkę bez rękawów. Trudno jakoś przeżyje. 
-Mari mała gnido! Coś ty zrobił z włosami?- jego oczom ukazała się uśmiechająca się niska kobieta w starym swetrze w paski- chodź mi się tu spowiadać, bo cię tutaj dawno ani widu, ani słychu.
- Nie taka mała, knypku.- Mari podszedł do Ninel i oparł się ramieniem o jej głowę.
-Grzeczniej gnido... I gdzie z tą wielką łapą do takiej małej słodkiej kobietki jak ja?
-Słodkiej? Małej? Nie rozśmieszaj mnie!
- Dobra daj spokój... Zapraszam na herbatę w zamian za szlugi. Co ty na to?
Tak... Mari i Ninel mieli naprawdę dobre kontakty. Nie znali się dość długo, a różnica wieku między nimi nie była mała, ale mimo tego dogadywali się bardzo dobrze. 
*
Cóż Igorowi życie płynęło dobrze. Była już mniej więcej połowa września, on mógł powiedzieć że zrobił postępy w swoim życiu towarzyskim. Niegdyś całkowity samotnik miał teraz nieliczne grono znajomy. Marcelina i Mari należeli do nich. Marcelina siedziała z nim na praktycznie każdej lekcji, a Mari... Cóż Mari czasem zamieni z nim dwa słowa, puści jakimś żartem, albo zagra coś na gitarze. Poza tym Igor stwierdził że mają kilka wspólnych tematów. Na przykład muzyka której słuchał bardzo przypadła blondynowi do gustu. Nawet umówili się, że pożyczy mu kilka płyt "Republiki" i " Budki Suflera". Wcześniej chłopak uważał go za wręcz obrzydliwego, ale dopóki trzymał swoje łapy przy sobie nie miał nic do jego gejostwa. Więc wrzesień tak mijał i mijał, no ale w końcu była już połowa i wszyscy nauczyciele sobie przypomnieli, że przecież kartkówki same się nie napiszą. Także od zeszłego tygodnia zaczynając piszą co jakieś dwa dni co najmniej jeden test. Igor nie należał do tych najgorszych uczniów, jego oceny można powiedzieć wykraczały wręcz ponad przeciętną, ale katuszą dla jego duszy i umysłu była matematyka. On należał do humanistów, bo co by robił na humanie ( No właśnie Brudna co ty kurde robisz na humanie? Udaję pisarkę D:) także nie rozumiał, nie zrozumie i nie chce zrozumieć tego przeklętego wytworu szatana. No, ale często nasze modlitwy zostają spełnione w odwróconym zwierciadle. Tak więc jutro czaka go kartkówka, a on całkowicie nie rozumie o co chodzi. Nawet nie rozumie czego nie rozumie. Więc nadszedł ten moment kiedy to musiał sam zwrócić sie do kogoś, a nie ten ktoś do niego. Był już ostatni dzwonek, blondyn spakował swoje książki, odmachał żegnającej się z nim Marcelinie i podszedł Mari'ego. Klasowy metal, Got, Emo ciota i jak tam go jeszcze zwali musiał być kiedyś w piekle bo matematykę miał w małym paluszku.
-Mari mam do ciebie...- To co zobaczył troszkę go zaskoczyło. Chłopak pakował swoje rzeczy podczas gdy Marcin gładził go ręką po dłoni leżącej na ławce.- Khym... Nie będę wam przeszkadzał . Sorry.
-Czekaj Igor, nie przeszkadzasz.- chłopak poczuł na sobie mrożące spojrzenie bruneta, który widocznie nie był zadowolony, że  jego partner(?) nie odpowiadał na jego pieszczoty, ale od razu zainteresował się "narkoleptykiem" (Hehe ksywka Igora. XD). W sumie to Mari mógł mu powiedzieć, że znalazł sobie chłopaka. Może nie zrozumiałby tego, ale po czasie nabrał do tego dystansu.- Co chciałeś?
- Myślałem, żebyś wytłumaczył mi matematykę, ale widzę że dzisiaj jesteś zajęty.
- Marcin ma dzisiaj dentystę więc...- Brunet i tym razem puścił mu zabójcze spojrzenie, po czym ruszył obrażony w stronie wyjścia.- To co idziemy do mnie?
- Pewnie, dzięki.
Droga do bloku Mari'ego minęła im wyjątkowo miło, teraz siedzieli na małej pomarańczowej sofie, która leżała na środku małego saloniku.
- Więc pochodzisz z Francji? 
- Tak, w sumie to przeprowadziliśmy jakieś cztery miesiące temu.- Mari sięgnął do swojej teczki po książkę- bierzmy się za tą matematykę bo będziemy tak gadać do jutra.
- Taaa... Oh! Masz kota.- Na kolana Igora wskoczył duży bury kocur ocierając się o niego i mrucząc.- Jaki słodki.
- Rudy jest słodki? Co ty widzisz w tej śmierdzącej kupie kłaków?
- Ej ... Jak ty możesz tak mówić o nim! Jest przesłodki. ( Niach niach. XD)
- Dobra, dobra. Do nauki bo ci go zabiorę.
Igor tylko przytaknął głową na znak, że się zgadza, i przytulił do siebie wciąż mruczącego kota. Wstrętna świnia, do niego nigdy się nie przytuli, nawet nie da się dotknąć. Kot też nie był lepszy, w końcu ten na niego zawsze tylko prychał, w dodatku zabrał całą uwagę chłopaka, który mu się podobał. Nie miał na co narzekać, ich relacje znacznie się poprawiły, no i miał go teraz na kilka godzin tylko dla siebie. No dobra... Rudy miał go dla siebie i troszkę się nim dzielił, wstrętna świnia.
- Dobra myślę, że radzisz sobie już z tym całkiem nieźle.
- Ahhh...Jestem taki zmęczony...- Igor przeciągnął się leniwie, delikatnie opierając się o Mariego.- Koniec?
- Koniec- Mari uśmiechnął się i pogłaskał go po głowie, na co chłopak popatrzył się na niego krzywo i odepchnął jego dłoń.- Robisz coś jutro po lekcjach?
- Nie, a co?
- Liczę na rekompensatę za mój stracony na ciebie czas- Zaśmiał się- No to jesteś zmuszony pójść ze mną jutro do fryzjera. Przykro mi.
- Dobra, przeżyję seksiaro. Zabieram kociaka od ciebie tyranie i idę do domu.
- Kota zostaw, mama mnie zabije jak coś mu się stanie. Mogę wymienić go na te płyty co miałem ci pożyczyć.
- No nie wiem.

Nie wiem dlaczego, nie ważne ile dopisuję mam wrażenie, że ten rozdział jest krótki i krótki. Ciężko mi się też troszkę pisało, bo jak to powiedziała Gupia ;-; " Twoje postacie nie mają uczuć" Zmieniłam to.(9, - 9). Na koniec zaśpiewajmy piosenkę przy której pisałam  ten rozdział.
3.. 2... 1...
Zabiorę cię... właśnie tam! Gdzie jutra słodki smak! Zabiorę cię... właśnie tam! Gdzie słońce dla nas wschodzi! 
JEJ! \( 9 o 9)/
A wiec żegnam się i mam nadzieję, że rozdział się podobał! .
( 9 u 9)/ Cześć!

niedziela, 8 września 2013

Ninel opowiada kawał o gejach. :D

Cześć tu Brudny Toster. c:

Ponieważ się tutaj rozdziały nie pojawiają się zbyt często, i raczej nie będą (przynajmniej moje). Mam dla was bonus! \( 9 u 9)/ Pani Ninel Nowak opowie nam kawał. Brawa dla niej! \( 9 o 9)/
Ktoś nam ugryzł obrazek, o tutaj D:                                                                                                                       
Ninel: Cześć jestem Ninel. Dziś opowiem wam kawał o gejach.
Ninel: A więc... Ten tego. Dzięki za uwagę.
Mari: Nie śmieszne.

Bum Bum Tsa!
Mistrzyniami sucharów zostają Ninel i Brudny Toster! Brawo!
Pozdrawiam wszystkie osoby którym chce się czytać nasze posty i zapraszam do komentowania! :D
Pamiętajcie klawiatura nie gryzie!
 A więc ja wracam pożerać maliny. Cześć! ( 9 u 9 )/

czwartek, 5 września 2013

2. Rozdział drugi. Czyli jak stać się pełnoprawnym gejem.



 Cześć i czołem! Tutaj znowu Brudny Toster. c: Wróciłam po fochach, krzykach, rozbitych garach i katarze z nowym rozdziałem. Szczerze powiem moim zdaniem jest średni. Po tych wszystkich litrach herbaty i tostach jakie spędziłam na pisaniu tego można by się spodziewać czegoś lepszego, ale nie. Nie ma nic lepszego! 
\(9 o 9)/ 
Jest jeszcze rysunek Mari'ego:


 o tutaj D:
A jak ! To jasne że także powala swoja jakością. .(9 o 9)<
Więc nie zostaje mi już nic innego jak życzyć wam miłego czytania. c:
2.

Pierwszy dzień nauki w nowej szkole. To teraz poznajesz ludzi. To dziś zadecydują czy znajdziesz się na szczycie hierarchii czy też na samym dnie. Marcelina nie oczekiwała wiele, nie nadawała się na najwyższy szczebel i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Była nieśmiała. Liczyła że jednak w klasie znajdzie się choć jedna osoba z którą się zaprzyjaźni.W nowym środowisku chyba najbardziej bała się samotności i odrzucenia. Ostatni raz poprawiła związane w luźnego kucyka włosy i weszła do klasy. Lekcje jeszcze się nie zaczęły więc uczniowie mieli czas na zapoznanie, w klasie powoli zaczęły tworzyć się grupki społeczne. Marcela rozglądnęła się, w boku klasy siedział chłopak którego poznała wczoraj, co prawda nawet jej się nie przedstawił, ale usłyszała jak ktoś mówi na niego Igor. Postanowiła do niego podejść, w końcu zawsze łatwiej się rozmawia z osobą którą się już poznało. 
-Cześć. 
-He?- Igor odwrócił swoją głową i popatrzył na Marcele.- Znamy się?
- To znaczy... ja wczoraj...
- No tak. Więc czego chcesz?
- Mogę się przysiąść?
- Jeśli musisz... - Igor odsunął się na bok ławki i zebrał swoje graty z powrotem do plecaka, na ławce została tylko książka. Marcela już miała się zapytać o czym jest, ale widząc niechęć w jego zachowaniu po prostu zajęła swoje miejsce. Pierwszą lekcją była historia, Marcela lubiła przedmioty tego typu. Dużo do wkuwania nic do umiejętności. Może nie była zbyt utalentowaną osobą, ale na pewno pracowitą. Z łatwością zapamiętywała wszystkie daty, formułki, pojęcia ale jeśli trzeba było coś rozwiązać na tablicy to nie miała wielkiego pola do popisu. Na dzisiejszej lekcji dużo nie robił, od tak, zapisali temat i mieli czas dla siebie. Choć poznawanie nowych ludzi szło Marceli dość opornie, więc była z siebie wyjątkowo dumna gdy zdążyła poznać ludzi z sąsiadujących ławek. A z kilkoma nawet zakolegować.
- Ej a poznałaś już tego z zielonymi włosami- Powiedziała złotowłosa dziewczyna o imieniu Antonina.
- Daj spokój Tośka, zawsze wszystko musisz rozpowiadać?- Ewa i Tośka znały się od dawna, a dokładnie od przedszkola. Marcelina była aż zdziwiona że ciągle się kłócące tak różne charaktery mogły wytrzymać tyle lat przyjaźni.
- No weź myślę, że on jakoś specjalnie się z tym nie ukrywa.
- No, ale to i tak moim zdaniem nie w porządku.
- Daj spokój. Myślę, że jej możemy powiedzieć.
- No dobra, ale to jest tylko i wyłącznie twój pomysł.
- Mogę wiedzieć o co chodzi? -spytała w końcu zniecierpliwiona Marcela.
- No dobra ty jej mów Tośka.
- No bo widzisz ten chłopak z farbowanymi włosami, Mari, jest gejem!- W oczach Antoniny było widoczne poruszenie, ale na jej ustach pojawił się grymas spowodowany tym faktem.- Rozumiesz, jest gejem! Widziałaś tą jego pedalską bransoletkę?
- No ale...
- W sumie to i tak jego wygląd wystarczająco daje do zrozumienie.
- To że ma bransoletka z wzorem tęczy nie znaczy od razu że jest gejem. 
- Możecie się wreszcie zamknąć?- Do dyskusji włączył się zirytowany Igor.- Banda idiotek
- A co może tobie to odpowiada narkoleptyku? Chciałbyś się z nim przylizać?
- Wymienianie się jakimikolwiek płynami z innymi ludźmi jest obrzydliwe.
-  Tośka daj mu spokój.- Marcelinie wcale nie podobała się ta dyskusja. Nie rozumiała za bardzo na jakiej podstawie Antosia wyciągnęła to oskarżenie, a nawet jeśli. Czy to, że ktoś kocha inaczej musi być powodem do nienawiści. Szybko odwróciła uwagę dziewczyn na tematy typu ciuchy, kosmetyki tak aby jak najszybciej zakończyć tą dyskusję. Igor już trochę spokojniejszy wrócił do swojej lektury. Tak minęła im cała lekcja. Następny był wf. Marcelina razem z nowymi koleżankami do szatni. 

*

Mari siedział teraz na ławce czekając na dzwonek rozpoczynający lekcje. Pierwszy dzień w szkole mijał mu o wiele lepiej niż mógłby się spodziewać. Powoli poprawił na nadgarstku bransoletkę o barwie tęczy. Nikt jeszcze nie wyzwał go od pedałów. Prawdę mówiąc nikt by się o owym fakcie nie dowiedział gdyby nie bada zbulwersowanych tym faktem dziewczyn, które w dość słyszalny sposób omawiały ten temat. Myśli że miałby z tym dużo więcej problemu gdyby nie pewien Marcin, który zamienił całą sytuację w żart, pytając się czy może spać spokojnie. Mógł, a przynajmniej na razie. Dzięki temu nie miał problemu z resztą klasy. Kilaka dziewczyn chichotało podekscytowane pod nosem, kilka popatrzyło na niego krzywo. Z chłopakami wciąż śmiejącymi się z dowcipu nie miał więcej problemu. Bądź co bądź siedząc teraz i czekając aż reszta także się przebierze miał okazję mniej więcej przyjrzeć się otaczającym go chłopakom. No i Marcin trzeba przyznać miał się czym pochwalić. Ładnie zarysowany tors, delikatne mięśnie i średni wzrost był naprawdę dobrym połączeniem. Jednak stwierdził, że może i Marcin był tolerancyjny i bardzo mu pomógł, łatwo można było przekroczyć granice. Mogli zostać co najwyżej dobrymi przyjaciółmi ( co z resztą już się iściło). Szkoda, wielka szkoda. Reszta klasy była dość przeciętna. Wszyscy kończyli się powoli przebierać gdy do szatni weszła jeszcze jedna osoba. Kolejny kandydat niejaki Igor Zawadzki, który stał się sławny już pierwszego dnia. Słynny narkoleptyk ( czasami licealiści muszą się popisać trudnymi słowami).Igor popatrzył na niego, parsknął co pod nosem na co Mari uśmiechnął się tylko i odwrócił wzrok. Igor jakoś specjalnie nie rzucał się w oczy. Średnie blond włosy, jakiś czerwony T-shirt i zwykłe jeansy. Jednak był w nim coś wyjątkowego. Była to chyba sprawa jego anemicznie bladej cery i naprawdę śmiesznie niskiego wzrostu, który jego metrowi osiemdziesiąt chował się niemalże pod pachę. Podobał mu się. Blondyn podniósł koszulkę z pod której wyszedł delikatny, niezbyt umięśniony, płaski brzuch i klata. Dzwonek na lekcje zadzwonił w samom porę. Mari wyszedł z na korytarz zanim pewien "ten tam na dole" postanowiłby bardziej dać o sobie znać. Tak to był odpowiedni czas. Na korytarz stała już nauczycielka każąc im się pospieszyć. Dziś mieli zajęcia na pobliskim boisku, a jako że był początek roku szkolnego nie robili nic szczególnego. Pewnie Mari spędził by ten czas z słuchawkami w uszach gdyby nie to, że chłopakom brakowało osób do siatkówki, a Marcin mimowolnie zgłosił  go na ochotnika. On sam jakoś szczególnie nie przepadał za sportem, nie chodziło o to że był w tym jakiś kiepski po prostu nie widział w nim nic fascynującego. Mecz się zaczął piłka poszła w górę, kilka odbić w i punkt dla jego drużyny. Tymczasem Igor siedział z boku konsumując swoją książkę. Mari znów nie mógł się powstrzymać żeby na niego nie patrzeć, zdecydowanie był w jego typie. Chwila nie uwagi, piłka nadleciała. Mari zorientował się w ostatniej chwili, odbija nie patrząc się na nic. Piłka leci ląduje prosto na Igorze. Igor wypuszcza z siebie jeden krótki krzyk z bólu. Mari'emu zrobiło się okropnie głupio, więc podbiegł szybko do niego.
-Nic ci nie jest?
- Poj*bało cię?- Blondyn zakrywał sobie twarz ręką spod której wypływała strużka krwi, najprawdopodobniej złamał mu nos ( Igor jest bardzo podobny do mnie zawsze coś mu się dzieje ;-; ). Dookoła nich zebrali się już dosłownie wszyscy.
- Niech ktoś powie, że poszedłem zaprowadzić go do higienistki- Mari podał rękę Igorowi- Chodź.
Chłopak nie chwycił go za rękę, popatrzył się na niego z byka ( ZNOWU ) i ruszyli w kierunku szkoły. Igor wyglądał jeszcze bledziej niż zwykle. Wlókł się jak cień za Marim i widocznie ledwo trzymał się na nogach. Z nosa dalej leciała mu krew, która zdążyła upaprać już twarz, koszulkę, spodnie i chodnik. Mari gdy tak na niego patrzył, na tą ledwie chodzącą biedulkę, miał ochotę wziąć go na ręce i tam zanieść, ale Igor raczej nie miał na to ochoty. A więc szli tak chodnikiem i zwracali, a raczej Igorowy nos zwracał na siebie całą uwagę przechodniów. Na szczęście doszli do szkoły, pokonali tylko schody i weszli do gabinetu pielęgniarki.
-Nie mam czasu! Właśnie zamykam! - Kobieta w starszym wieku na ich widok dostała trybu turbo i przystąpiła do ubierania swojego płaszcza.
- Jakby pani nie zauważyła, kolega złamał nos na wf.- Mari był na prawdę zdenerwowany, Igor już prawie nie stał sam na nogach, nawet pozwolił żeby Mari przerzucił jego ramię przez swoja szyję, a ona nawet nie zwracała na to uwagi. Po co gabinet ma być otwarty, przecież po drugiej lekcji na pewno wszyscy będą czuć się dobrze!
- Dobrze- Uwaga, higienista przełącza się na tryb "Dajcie mi spokój" i wyciąga klucze. - Macie tu wszystko czego wam trzeba, oddajcie potem klucze. - I tyle jej widzieli i słyszeli.
Mari posadził blondyna na leżaku, pomacał i poodtykał go po nosie na co on popatrzył się na niego z już bardziej przymulonym wzrokiem. Nos był gdzie powinien, nic się nie ruszało, jako niezbyt wykształcona osoba z dziedziny medycyny stwierdził, że nos jednak nie jest złamany.Po prostu oberwał tak mocno piłką, że wyglądało to jakby dostał okresu z twarz. Zaczął powoli przegrzebywać szafki w gabinecie. Ciśnieniomierz, tabletki, tabletki, krople żołądkowe, podpaski, kropel żołądkowe, więcej podpasek i jest, nareszcie znalazł gazę. Zwinął ją w małe ruloniki i wsadził je do nosa, żeby zatamować czymś nieustany potok krwi spływający po twarzy Igora. Mari siadł koło niego.
-Jak się czujesz?
-Dużo lepiej. Dzięki.- Te słowa bardzo zdziwiły go, usłyszeć je od niego. Był zadowolony z siebie. Przekonał do siebie kolejną osobę, w dodatku tak ładną osobę. Teraz jak się na niego patrzył to wyglądał trochę jak porcelanowa lalka. Wydawał się tak kruchy, że jakby go dotknął to wy się zaraz pokruszył na małe kawałeczki. Stwierdził, że był teraz tak bezbronny, że mógłby go nawet pocałować, ale zdobył na tyle jego zaufania, że szkoda by było to zmarnować.Więc siedzieli tak dwoje w gabinecie pielęgniarki, Mari podzielił się z Igorem słuchawkami, i słuchając muzyki czekali, aż zadzwoni dzwonek na następną lekcję.
*
Skończyły sie juz wszystkie lekcje, a ponieważ Mari niedawno się tutaj przeprowadził i nie znał dobrze miasta, dostał propozycję od Marcina, że oprowadzi go po mieście. Łazili więc tak bez celu, rozmawiając o grach, muzyce i byłych dziewczynach ( w przypadku Mari'ego facetach). On sam miał chwilę na rozmyślanie. Niby pierwszy dzień minął mu całkiem dobrze jednak coś go dzisiaj dręczyło. Tym czymś, a raczej kimś była pewna osoba, i to nie byle jaka osoba. Gdy on siedział z Marcinem ta osoba siedziała na każdej lekcji z Igorem. Długie proste włosy, ładna buzia, chuda, duże cycki.To jasne, że zwykłemu hetero podobaławy sie taka towarzyszka, a Mari nie sadził żeby blondyn był homo. Był na to zbyt zwyczajny. Wiedział że Igor na pewno nie myślał o nim jako kandydacie na chłopaka. Nie miał pewności czy się zakolegują, a co dopiero to. 
-Co się dzisiaj tak Zawadzkiemu przyglądałeś?- Z zamyślenia wyrwał go kuksaniec w brzuch o kolegi.- Mi tam możesz powiedzieć.
-Nie przyglądałem się. 
- Nie wcale, patrzyłeś się na Marcele.
- Marcele?- A więc tak się nazywała- Eh...
- Gej lubujący się w kobietach?- Marcin parsknął śmiechem, co zresztą uczynił także Mari- To jakaś nowa moda?
- Daj spokój.
-Dobra, nie denerwuj się. Idziemy do mnie?
Mari przystał na ten układ. Jakieś piętnaście minut później byli już przed dużą brązową kamienicą. W środku mieszkania przywitał ich słodka woń lawendy. Pomieszczenia były naprawdę ładnie urządzone, czyste i zadbane. Ściany były pomalowane głównie w błękity i fiolety, a w każdym pokoju powstawiane były doniczki z ziołami i kwiatami.
-Nikogo jeszcze nie ma, chodźmy do mnie.
Pokój Marcina był... No cóż, dużo bardziej przeciętny niż reszta mieszkania. Zielone ściany, biurko, jakieś szafy i szafki oraz wąskie dwuosobowe łóżko. W pokoju nastała niezręczna cisza, brunet siedział koło niego. Wyglądał jakby coś go gryzł. Trwało to jeszcze chwilę aż zwrócił się w jego kierunku, chwycił mocno za ramię i pocałował w usta. Nie tak zwyczajnie, był to namiętny pocałunek. Ich języki zaczęły manewrować między sobą. Mari czuł jak po twarzy chłopaka spływały kropelki potu, musiał być zdenerwowany. Nie spodziewałby się tego po nim. Ich usta się rozłączyły, a Marcin położył głowę na jego ramieniu wtulając się
- Czy to nie mogę być ja?- Po tych słowach przycisnął Mari'ego ramionami do łóżka i przystąpił do dalszego całowania.
*
- Coś dzisiaj jesteś taki jakby nie swój.- Krótkowłosa blondynka z zdecydowanie za długo grzywką wyciągnęła paczkę fajek i podzielił się nimi z Mari'm - No przyznaj się ile to osób wyzwało cię już od pedałów.
- W sumie to tylko jakieś dziewczyny prowadziły na ten temat dość ciekawą dyskusję- powiedział z lekkim westchnieniem - Nie o to chodzi... Pamiętasz o co chodziło z tym całym gejdarem?
-No coś tam pamiętam... Nie mów mi że...!
- A więc mój gejdar poszedł w pizdu i chyba prędko nie wróci.
- O ja pier*ole, Casanowa zakochał się w jakimś...
-... jakimś hetero. W dodatku kolega próbował mnie zgwałcić.
- No ale czekaj skoro twój gejdar poszedł w pizdu, to skąd wiesz że jest hetero?
- Jest zbyt normalny żeby być gejem.
-  Twierdzisz że geje są nienormalni? W sumie jak się tak na ciebie patrzę. 
- Wiesz o co mi chodzi...
- Wiem, wiem. To właściwie jak się to zaczęło. Chcę znać szczegóły
- Nieważne ... Zresztą ja ci tu mówię, że jakiś gościu mnie prawie przeleciał, a ty się o takie drobnostki wypytujesz. Jesteś super Ninel.
-Dzięki, niema za co. Masz ognia?
Jeśli ktoś wytrzymał do tego momentu. Gratulacje i mała informacja. c: Ostatni kawałek rozdziału jest takim przeniesieniem. Bardzo mi zależały aby mniej więcej przedstawić wam postacie które się pojawia nie raz, a w szczególności Ninel. Czemu Ninel? Bo Ninel jest zajebista a o tym się jeszcze przekonacie. (Być może) Więc jeśli powstanie coś jeszcze wrócimy to do tej "sceny łóżkowej". c: 

środa, 21 sierpnia 2013

1. Syndrom fototropizmu. Rozdział pierwszy, czyli wiele różnych charakterów.

Cześć, jestem Brudny Toster. c:


Przyznaję się bez bicia, do tych najinteligentniejszych to ja nie należę. D:
Na tym blogu pojawi się kilka moich książek. (O ile skończę wreszcie te rozdziały. Bo nieskończone są granice mojej pracowitości i determinacji. Także nie wiem czy kiedykolwiek coś się więcej tutaj pojawi) Pierwszą z nich jest  "Syndrom Fototropizmu." Opowiada ona historie trzech barwnych postaci ( no może dwóch i jednej całkiem szarej) Igora Zawadzkiego, Marceliny Bień i Mari'ego Mohtanie. Napisałbym coś więcej, ale sama jeszcze nie wiem co się tam wydarzy! :D Czy to nie piękne? A więc zapraszam do czytania i proszę, nie zagryźcie mnie. ;-;

 1.
*
Była dopiero szósta rano, a z łazienki już dochodził szum wody płynącej spod prysznica. Powodem przez który właśnie tak się działo nie była wcale jakaś potrzeba higieny, to było po prostu obowiązkowa kąpiel przed uroczystością szkolną jaką było rozpoczęcie roku szkolnego. Igorowi jakoś szczególnie nie zależało na tym aby zrobić dobre wrażenie na nowej klasie, ot taka zwyczajna rutyna wbita do głowy przez rodziców że przed uroczystościami należy dobrze wyglądać. Po wyjściu z pod wody, która w zależności od milimetrowego przekręcenia gałki zmieniała swoją temperaturę z piekielnie gorącej na koszmarnie zimną, stanął przed lustrem, przetarł senne oczy, przeczesał dość długie włosy i upewnił się że jego krawat jest na tyle dobrze zawiązany że nikt nie puści mu krzywego spojrzenia. W tym roku lato długo było upalne, więc na dworze panowała temperatura 30 stopni, a powietrze zdawało się wyjątkowo trudne do przełknięcia. Przed wyjściem Igor spojrzał ostatni raz na zegarek i wyruszył w stronę przystanku żeby zdążyć na autobus, który powinien przyjechać na tyle wcześnie, że byłby piętnaście minut przed czasem. Powinien. Nikogo nie zdziwiło to, że autobus się spóźnił, nikogo nie zdziwiło też to, że owe spóźnienie trwało dokładnie piętnaście minut. No nic. Lekko wkurzony wsiadł do autobusu. Nie cierpiał komunikacji miejskiej, a w szczególności latem. Duża ilość spoconych przez upał ludzi, nawet przypadkiem, ocierających się o niego nie była czymś z czym ktokolwiek miałby ochotę mieć styczność już z samego rana. Niestety jego nowe liceum leżało dość daleko od miejsca, w którym mieszkał, a jego wysoka anemia jak i dorównujące jej lenistwo nie pozwalały mu na przebywanie dwa razy dziennie odległości 5 km. W tym momencie Igor przypomniał sobie coś ważnego, nawet bardzo. Nie wziął dzisiaj tabletek, chociaż to i tak było raczej niemożliwe. A nawet nie raczej, było to po prostu nierealne w sytuacji gdy małe przeźroczyste opakowanie od dłuższego czasu było pozbawione tej niebiańskiej zawartości jaką stanowiły małe, okrągłe, czerwone tabletki, które należało zażywać po dwie dwa razy dziennie. Przejazd jak zwykle minął mu na rozmyślaniu o takich durnotach i unikaniu zbędnego dotyku, przewalających się na boki osób, przez co nie zdążył nawet wyjąć słuchawek od telefonu żeby posłuchać, nie muzyki, a audiobooków jego ulubionych powieści. Przed dość obskurnym budynkiem liceum nr. 2 znajdowała zdążyła się już zebrać całkiem spora grupka ludzi. Było to zbiorowisko osób zarówno niesamowicie szarych, niczym się nie wyznaczających jak i pełnym przeróżnych indywidualności. Każda klasa na boisku miała swoje miejsce wyznaczone w rzędzie, wystarczyło odnaleźć namalowany białą farbą prostokąt, numer i literkę klasy w jego wypadku 1f. Zadanie to byłoby bajką, ale nie. Widocznie bóg sterujący całym tym wszechświatem pomyślał że trzeba jednak kotom utrudnić trochę życie, i wtedy powstał chaos. Chaos składał się z grupki zagubionych rozwrzeszczanych dzieciaków, które według niego mogłyby się równie dobrze wrócić do podstawówki, grupek typu zgolonych na łyso idiotów, którzy pytają się "Czy chcesz wpierdol?" nawet kiedy chodzi im o godzinę, oraz tych co tak jak Igor nie mogli znaleźć swojego miejsca na świecie przez wyżej opisaną bandę idiotów. Po dobrych dziesięciu minutach trwania tego właśnie chaosu nastąpiło oświecenie, olśnienie, porządek i prawie całkowita cisza (prawie robi w tym wypadku naprawdę wielką różnicę), a z głośników wydobył dźwięk się znany przez wszystkich jako pisk, który usłyszał by nawet głuchy i zaczął przemawiać dyrektor szkoły. Przemówienie jak każde, trwało godzinami, a nic z niego nie wynikała, zaczynało się na przywitaniu uczniów przechodziło przez liczne słowa świadczące o idealnym bycie tej szkoły, a zakończyło się na Wyczytywaniu nazwisk i przynależności do klas pierwszaków. Jako, że Igor był Igorem Zawadzkim, zawsze miał przyjemność dostąpić zaszczytu oglądania nowych członków klasy występujących do nauczyciela. Jego klasa składała się zaledwie z 25 osób z czego 19 osób to był dziewczyny a zaledwie 6 to chłopcy. Pierwsza wystąpiła dość skromnie ubrana brunetka, szara, taka jak każda inna, pierwsza lepsza dziewczyna spotkana na ulicy. Zwyczajna Kowalska o przeciętnie brązowych, prostych włosach, przeciętnie zielonych oczach w przeciętnej białej koszuli i przeciętnej czarnej spódniczce. Euforia Igora z powodu oglądania nowych osób trwała by nadal gdyby nie dość nieprzyjemne mrowienie przechodzące z nóg aż po kończyny górne. Mrowienie stawało się coraz bardziej uciążliwe a sam Igor powoli tracił czucie w nogach podczas gdy przed jego oczami pojawiały się coraz to większe i nowsze czarne plamy.

*
Był początek roku szkolnego i właśnie czytano listę przynależności do jej klasy. Marcelina jak zwykle była pierwsza w dzienniku i jej obowiązkiem było przejście przed wszystkimi jako pierwsza. Jako że nie należała do najśmielszych osób było to dla niej niezwykle stresujące przeżycie. Już czuła jak się cała trzęsie. Wzięła się na odwagę i prawie jak modelka, no prawie, przeszła przed wszystkimi i stanęła prze nowym wychowawcy. Powoli wychodziły kolejne osoby gdy wśród uczniów wybuchło wielkie zamieszanie. Szmery powoli zamieniły się w piski, a piski w krzyk. Po prostu "Chaos is coming". Powodem owego zamieszania było na pewno coś ważnego, a raczej ktoś. Ktoś kto jakimś szaleńczym pomysłem postanowił się nagle przewrócić i zemdleć. Ten oto blondyn należał do jej klasy. Więc gdy wychowawczyni, i reszta zwierzyńca które zdążyły przejść na jej stronę, podbiegła sprawdzić czy chłopak przypadkiem jeszcze żyje, ona została sama na środku boiska. Nie bardzo wiedziała czy powinna podejść, czy też zostać tam gdzie jest, czy w ogóle najlepiej uciec i udawać, że tak naprawdę nigdy tam nie stała. Ponieważ ostatnia opcja była raczej nie realna, a ona sama była zbyt zdezorientowana by podejść stała jak słup soli w jednym miejscu. Stałaby tam bóg wie ile jeszcze gdyby nie to że podeszła do niej jakaś stara pomarszczona hybryda, po chwili była już w stanie stwierdzić, że to jakaś nauczycielka, i poprosiła ją by poszła razem z chłopakami, którzy nieśli nieprzytomnego, i została z nim dopóki się nie obudzi. Marcelina jeszcze chwilę próbowała analizować słowa hybrydy i ruszyła ( czt. powlekła) się w kierunku gabinetu pielęgniarki.

*
Igor otworzył oczy, przez chwilę zastanawiając się jeszcze czy w ogóle żyje, czucie w jego nogach wróciło, a obraz przed oczami powoli się wyostrzał. Chwila oszołomienia. Rozejrzał się powoli po wyjątkowo obskurnym pomieszczeniu. Paskudne zielono-pomarańczowe, obdłubane ściany, obrzydliwe zielone krzesła, jakaś rozmazana plama, biurko zawalone papierami i biała lekko dziurawa zasłonaka  pozwalały mu twierdzić, że znalazł się w gabinecie pielęgniarki. Gdy jego wzrok wrócił do stanu używalności dziwna rozmazana plama zamieniła się w Kowalską. Tą samą Kowalską z rozpoczęcia roku. Spała sobie najspokojniej na świecie. Igor powoli zwlekł swoje zaspane ciało z czegoś co miało być łóżkiem lekarski i ruszył w kierunku śpiącej dziewczyny.
- Żyjesz? - Igor zaczął dość szybko i gwałtownie szarpać ją za ramię.
-Hę? Przepraszam! -Szybko wstała żeby przywitać się z chłopakiem, który właśnie stał przed nią-Jestem Marcelina.
- Tak... Fajnie... Wiesz gdzie znaleźć wychowawcę?
- Tak. Mam cię do niej zaprowadzić. Chodźmy.
Wyszli z pokoju higienistki, który Marcela musiała zamknąć kluczem pożyczony od dyrekcji, i ruszyli długim korytarzem w kierunku klasy. Klasa jak to klasa, nic szczególnego kilka dziewczyn, które najwyraźniej nakładają tapetę szpachlą, może ze dwóch przynajmniej na pozór nieprzyjemnych kolesi, i chmara wyjątkowo przeciętnych osób. Jedyną osobą jaka wykraczała poza jakiekolwiek granice przeciętności siedziała na samym uboczu klasy. Długie włosy spięte z tyłu, mroczny makijaż oraz typowo gotycki strój wyzwalał poczucie indywidualizmu ( czytaj czystej głupoty). Tępy wzrok nie był skupiony na wychowawcy tylko na notatniku widocznie coś w nim skrobiąc. Igor zajął miejsce w ostatniej ławce i zaczął spisywać powoli nowy plan lekcji. Marcelina usiadła koło niego i zaczęła robić to samo. Igor popatrzył na nią krzywym wzrokiem. Nie bardzo podobało mu się to że siadła akurat koło niego. Nie lubił zbędnego kontaktu z ludźmi. Trochę odsunął od niej krzesło i wrócił do notowania.

*
Dochodził już wieczór a Mari właśnie wychodził spod prysznica. Wszedł do dużego pokoju gdzie jak zwykle grał włączony telewizor. Jego mama spała przykryta kocem na kanapie. Wszedł powoli do kuchni która była połączona z dużym pokojem i nalał sobie kubek Elgrey. Codzienna, zwyczajna rutyna pomyślał. Wyłączył telewizor i światło, poszedł do swojego pokoju i zajął miejsce przed biurkiem zapalając przy okazji lampkę. Wyciągnął swój notatnik, i już miał się wziąć za poprawianie swoich tekstów lecz Rudy dziś postanowił mu w tym przeszkodzić spacerują po zapisanych kartkach i wymrukując swoje własne pieśni. Rudy był kotem, a co śmieszniejsze rudy był burym kotem, najzwyklejszym na świecie dachowcem. Tak naprawdę  nazywał Benito i nikt nie wie właściwie dlaczego wszyscy nazywają go rudy. Tak jest i tak będzie, a Rudemu to najwyraźniej pasowało bo nigdy nie reagował na imię Benito w przeciwieństwie do jego ksywki. Rudy pojawił się w ich domu wieki temu. Tak pojawił się, w jeden dzień nie mieli kota, a w drugi już ten kot był. W dodatku przez pierwsze dni nikt się nie zorientował że tego kota wcześniej nie było. Jak Rudy się pojawił był jeszcze mały, słodkim uroczym kotkiem. No ale każde dziecko dorasta, a Rudy wyrośl na prawdziwego potwora. Gryzie, drapie, leje pod łóżko. Mari myślał kiedyś, że może kastracja ukoiłaby jego temperament, ale potem stwierdził, że najgorsze co można zrobić facetowi to obciąć mu... khym, khym to go wykastrować. Więc zostało jak jest Rudy dalej jest facetem, a Mari dalej sprząta jego siki. Pogłaskał Rudego po główce, na co ten w odpowiedzi prychnął i uciekł, i Mari mógł wrócić do swojej codziennej rutyny. Wraca późno do domu, bierze prysznic, idzie do kuchni, nalewa herbaty, gasi wszystkie światła i wraca do pisania tekstów piosenek. Gdy tekst był gotowy wyciągał gitarę i grał. Jak to śpiewał Rysiek "Był jednym z niewielu, skazanych na bluesa. Ten wyrok dodawał mu sił."  Tak codziennie, nie naruszony schemat, można było go uznać za monotonny, ale on cenił sobie ten chroniczny spokój najbardziej. Nie cierpiał nagłych zmian, wprowadzały w życie nie potrzebny zamęt. Mari zgasił lampkę mając przed już przed sobą schemat nadający się na całkiem dobrą piosenkę i powlókł się na swoje już przygotowane do snu ( czytaj nawet nie pościelone łóżko) włożył słuchawki na uszy i słuchając Dżemu oddał się powoli w objęcia morfeusza.